Prasa

Szymon Gołąb, RadioJAZZ.FM

Najważniejsze w tej muzyce jest piękno. Choć, jak mi się wydaje, dotarcie do niewidzialnych rzeczywistości nie jest pierwszą powinnością sztuki tworzonej przez Lee-Leet, to jednak jej mimowolne oddziaływanie, lotna łatwość we wprowadzaniu słuchacza w momenty zachwyceń, owo odbieranie oddechu pięknem – wszystko to rzeczywistość tę powołuje:

„Kroki tajemne i szepty zdrad.

Rodzi się wonny i słodki byt,

Idzie Lilith… Idzie Lilith…”

- jak wyrzekł Jarosław Iwaszkiewicz w wierszu o tytule znacząco zbieżnym z brzmieniem pseudonimu artystycznego uroczej Lee-Leet.

Właśnie: uroczej! Dokonywanie bowiem magicznych zabiegów w materii muzyki, wypełnionej tyleż emocjonalnością i smakiem najprostszych gestów serca, ile dostojnej, melodyjnej i nie stroniącej od (głównie wokalnych) eksperymentów jest najważniejszym rysem twórczej metody artystki.

Te dwa albumy, wydane w krótkim stosunkowo odstępie czasowym, są też bodaj najdojrzalszym dokonaniem debiutującego - bądź, co bądź – twórcy, i pozycji tej bronią na tle wszystkich płyt, których wysłuchałem przez ostatnie miesiące. I nie należy obawiać się w tym przypadku wieloznaczności zwrotu „dojrzałość artystyczna”, który w kontekście rodzimego rynku muzycznego nazbyt często oznacza utrwalenie się konwencji nijakości, zamknięcie brzmienia w jakiejś bliżej nieokreślonej – i dyktowanej wymogami komercji – estetyce łatwego banału, za którymi podąża wzrost liczby sprzedanych płyt, ale i obojętność słuchaczy. Nie. O taką „dojrzałość artystyczną” Lee-Leet posądzić nie można – nie tworzy ona muzyki rynku.

Miarą dojrzałości, którą przyjęła jest natomiast zespolenie perfekcji rzemiosła z natchnieniem właściwym poezji. Dodałbym ponadto powagę i artystyczną konsekwencję. I jeszcze kolejny składnik, którego określić niepodobna, a który brzmi wyraźnie w jej uroczych kompozycjach – być może jest to właśnie metafora istnienia:

„Niebo i ziemia rozdzieliły się

przez siedem minut tańca,

nim przyjechała twoja taksówka.

I odnalazłam się spadając,

w szybkim pociągu do piekła;

Bo z tobą cokolwiek jest wszystkim”.

- tak przetłumaczyć można emocjonalne sedno utworu Heaven & Earth z albumu Bare, wygranego – zgodnie z tytułem – jako intymne odsłonięcie uczuć w subtelnych fortepianowych zaklęciach.

„Przetłumaczyć” – napisałem, lecz w przypadku Lee-Leet anglojęzyczność tekstów nie jest hołdowaniem powszechnej, niezrozumiałej modzie, ani ucieczką w łatwość frazowania. Ta muzyka bowiem powstała w odrębnym od języków mówionych, i starszym od nich, języku serca; i jako taka nachyla ludzki głos do szeptu, nie – krzyku.

I jeszcze jedno – zadziwiająca jest fuzja gatunkowa, jaką wyzwoliła metoda kompozytorska autorki Bare: nie lada kunsztem i wyczuciem muzycznej stosowności należy się bowiem wykazać, by swobodnie używać rejestrów klasycznych i jazzowych wespół z tymi, do których przyzwyczaiła nas chłodna, niemal gotycka estetyka Bat for Lashes, czy Tori Amos.

Obym jak najczęściej mógł wyglądać na świat przez okna równie piękne i szerokie, jak te dwa albumy Lee-Leet.

Szymon Gołąb

Krzysztof Stachowiak, Fabryka Zespołów

„Leave It Behind’ to już trzeci album w pełni niezależnej artystki ukrywającej się pod pseudonimem Lee-Leet. I po raz kolejny mamy do czynienia z nietuzinkową produkcją, podobnie zresztą jak w przypadku poprzednich jej dokonań.

Czy można zaistnieć na rynku muzycznym bez wsparcia wielkich wytwórni płytowych, polegając tylko i wyłącznie na magii radia, koncertach a przede wszystkim dzięki własnemu uporowi i żelaznej konsekwencji?

Twórczość Lee-Let jest na to najlepszym dowodem. Jej pierwszy album, zatytułowany „State Of Emergency” ukazał się dwa lata temu, zaś tego roku Lee-Leet uraczyła nas aż dwoma wydawnictwami.

Pierwszym z nich był dość niezwykły album „Bare”, wydany wiosną. Płyta, na której zgodnie z tytułem, Lee-Leet faktycznie postanowiła obnażyć się przed słuchaczami, prezentując minimalistyczne, ale pełne emocji kompozycje oparte praktycznie wyłącznie na jej głosie i dźwiękach fortepianu.

Najnowszą płytę postanowiła nagrać wreszcie w towarzystwie pełnego zespołu, co zresztą widać na okładce. Jedną z największych zalet tej produkcji jest jej różnorodność - dowód na to że Lee-Leet nie boi się wyzwań i sięga po rozmaite środki wyrazu.

Konsekwentnie też śpiewa po angielsku - zaledwie dwu utworom towarzyszą polskie teksty. Praktycznie każdy utwór to dla słuchacza podróż w inne rejony. Rockowe brzmienia, akustyczne ballady, nieco elektroniki, momentami nawet inspiracje muzyką klasyczną, a wszystko to spowite odrobiną gotyckiego chłodu i przede wszystkim zmysłowym i niosącym wiele emocji głosem.

Co najciekawsze, Lee-Leet nie boi się także cięższych brzmień - kilka utworów opartych jest na całkiem ostrych gitarowych riffach. Zresztą rozkładanie tych dźwięków na czynniki pierwsze mija się z celem, przy głębi i bogactwie nastrojów jakie wywołuje ta muzyka - intymna, pełna zadumy, marzycielska i pełna prawdziwie jesiennej melancholii.

W podobnym nastroju utrzymane są także teksty - niezwykle kobiece i osobiste. Ale i tak największym plusem tej twórczości pozostaje po prostu szczerość. Lee-Let to artystka, która po prostu ma coś do powiedzenia, nie mówiąc już o własnym stylu a przede wszystkim pomyśle na własną twórczość.

Po 9 utworach stanowiących właściwą część płyty otrzymujemy bonus - utwór „Odlećmy stąd” tym razem zaśpiewany po angielsku, oraz przypomnienie tytułowej kompozycji z debiutu w nieco przearanżowanej wersji.

W jednym z utworów Lee-Leet śpiewa „nie słuchaj słów ani dźwięków, nie dopatruj się barw ani wymiarów”. I to chyba najlepszy sposób na poznanie tej wyjątkowej muzyki.

Odrzucenie wszelkich uprzedzeń, ocen i szufladek i po prostu poddanie się jej niewątpliwemu, kuszącemu urokowi. Jeśli kochacie właśnie takie kobiece, przepełnione emocjami dźwięki - to płyta definitywnie dla Was. Polecamy!

Nataniel Rozental, Sundown Syndrome

W mitologii żydowskiej Lilith nie była zbyt lubianą kobietą, wręcz siała postrach swoją osobą. Nie z racji swej aparycji, co do tego nie możemy mieć wątpliwości, gdyż podobno była ona pierwszą żoną biblijnego Adama. A z tego co wiemy, obdarzony był niezłym gustem. Jednak los tak zagmatwał życie Lilith, że postrzegano ją jako demona, szczególnie groźnego dla nowo narodzonych..

Co do zagrożenia jakie może siać Lee-Leet, to mogę się spodziewać, że jedynie w kuchni uciekają przed nią piersi z kurczaka i pomidory by nie trafić pod jej ostry nóż, więc fonetyczna zbieżność między demoniczną Lilith, a Lee-Leet uznaję za prawie przypadkową. Choć nie można odmówić wokalistce czegoś.. czegoś mrocznego, niepoznanego, objawiającego się w jej muzyce.

Lee-Leet i płyta Leave It Behind - to nie jest debiut, ale gdyby nim był, to określiłbym go w czołówce nowicjuszy 2011r. Wokalistka jest dojrzałą muzycznie osobą, wiedzącą czego chce i w którym kierunku zmierza. Niezbyt obchodzą ją trendy muzyczne, ma gdzieś zestawienia, szufladki i playlisty. Czystym śpiewem tkwi gdzieś poza tym wszystkim, nie z boku, ani z tyłu.. Nad resztą, unosi się na dywanie melodyjnych dźwięków, uplecionego z ciętych gitar i klawiszowych solówek (Odlećmy Stąd). A czasami włącza autopilota i obiera kurs delikatnymi, relaksacyjnymi drogami gdzie jedyną rzeczą, która trzyma przed zapadnięciem w błogi i przyjemny sen, jest zimny głos wokalistki (Heaven & Earth).

Płyta została wydana 7 listopada 2011 roku, jest ona trzecią już pozycją w dorobku artystki, ale pierwszą, która w całości została zapisana i przygotowana z "krwistym" zespołem. Poprzednie, State Of Emergency (gościła na antenie Radiowej Trójki, Antyradia i innych) oraz Bare, bardzo ciekawa pozycja, zawierająca stos emocji przekazywanych za pomocą śpiewu i tylko jednego instrumentu - fortepianu, stanowią z perspektywy czasu ścieżki, które zmierzały właśnie do miejsca, gdzie Lee-Leet jest teraz. Do wykształtowania się "charakteru" i stylu tej artystki.

Leave It Behind ma do odsłuchania 11 utworów, 9 zaśpiewanych po angielsku i 2 po polsku. W sumie daje to ponad 50 minut przebywania w świecie zupełnie innym, może nie do końca pięknym i słodkim, ale w takim, gdzie możesz odetchnąć, odreagować, wyładować emocje, wyciszyć i zrelaksować się jednocześnie. A zakończenie ostatniej piosenki na krążku nie jest przyjmowane z grymasem zawodu na twarzy tylko z myślą, że "mogę, chcę i dam radę następnemu dniu, tygodniu, miesiącu".

Jest to niesamowicie różnorodny krążek, zupełnie jakby każda jego piosenka była nagrana w innym świecie, przez zupełnie inne osoby. Sięgając po kucharskie metafory, powiedziałbym, że podobna jest do ciasta, które z zewnątrz wygląda tak samo, a w środku kryje dziesiątki smacznych owoców. Miło.

Aura nocy nie jest obca Lee-Leet, płyta Leave It Behind jest jak noc, tajemnicza, pociągająca, nieodgadniona. Nabywając ten krążek, dostajemy kawałek ciemności z wieloma historiami miłości, oczekiwania, poszukiwania.. Noc dawno nie była tak dostępna.

Skład członków zespołu Lee-Leet:

Andrzej Frołow - klawisze

Tomasz Glinka - gitara basowa

Krzysztof Rukat - gitara

Robert Sopala - perkusja

Lee-Leet - wokal, efekty, programming

Oto singiel promujący płytę.

Enjoy!

Ocena: 7/10.

Nataniel Rozental

Marcin Pachla

Kiedy ostatnio opisywałem Wam album "Bare", to stwierdziłem, że Lee-Leet to artystka kompletna, artystka, która potrafi samym jedynie głosem zabrać nas w rejony, w które nikt inny nas nie zabierze. A całkiem niedawno wyszła nowa płyta tej wspaniałej artystki, która właśnie wpadła mi w łapy, co stanowi absolutnie genialny prezent świąteczny i jest potwierdzeniem moich słów. "Leave It Behind" to płyta absolutnie inna od "Bare", bo choć mamy tu wiele utworów znanych z poprzedniczki ("Odlećmy stąd", "I'm Not in Love", "I Call It a Day" czy jako bonus "State of Emergency") to jest ona kompletnie inna.

To już nie jest eksperyment z pianinem i wokalem – to pełnoprawna, rockowa! płyta. Tak rockowa, w skład zespołu, który towarzyszy Lee-Leet weszła pełna sekcja rytmiczna, gitara i oczywiście klawisze, co daje płycie naprawdę świetne brzmienie, i prawo do określania się pełnoprawną artystką rockową. To 9 kawałków + dwa bonusy (w tym angielska wersja "Odlećmy stąd"), które tworzą fantastyczną mieszaninę, spokojnych, wręcz balladowych dźwięków, z drapieżnymi czasem gitarami i charakterystycznym wokalem Lee-Leet. A wokal Lee-Leet – coż, można się zakochać… Ja się zakochałem.

Płytę otwiera So High i od razu, z miejsca wgniata nas w ziemię, po prostu absolutnie genialny opener, ze świetnym motywem klawiszowym, fajnymi efektami i bardzo dobrze brzmiącą sekcją rytmiczną. No i ten śpiew… leciutki, w pięknej barwie, cudownej skali pięknie komponujący się z melodią… Aż się prosi o singla z tego utworu, to naprawdę przebojowy kawałek, idealny do promocji w radiu… zresztą posłuchajcie sami.

Kolejny utwór, to "Gentle", który jest troszeczkę utrzymany w stylistyce "Bare". Skromniutki początek, w wykonaniu pianina i wokalu, znienacka przetykany uderzeniami pozostałych instrumentów. Zresztą, tak naprawdę to jest motyw tego utworu, pianino i wokal, a cała reszta jest na dokładkę, a jest tego sporo, mocne gitary, które w połączeniu z perkusją, potrafią sprawić, że aż się podskakuje. Ładne solo na gitarze uzupełnia ten misz-masz, a wokal jak zwykle… cudowny…,

Jako trzeci, to utwór wybrany na singla, tytułowy "Leave It Behind", do którego nakręcono nawet skądinąd, świetny klip. I dla mnie, prawdę mówiąc, to jest akurat najsłabszy kawałek na tej płycie i żeby była jasność, najsłabszy – wcale nie znaczy zły. Bo melodia może się podobać, jest chwytliwy refren, całkiem w stylu Lee-Leet, a jak dla mnie jest jedynie za dużo elektroniki. Ale za to mamy odpowiedź, dlaczego to jest singiel, przebojowy refren, sporo elektroniki i czas 3:42 Heh, szkoda, że to radiowcy teraz decydują o wyborze kawałka na singiel. Ale nie ma co narzekać, bo choć to najbardziej popowy kawałek, to naprawdę wpada w ucho. I ma świetny klip

A potem mamy jedną z perełek na tej płycie, utwór "Heaven & Earth", rozpoczynający się jak delikatny smooth jazz, z piękna gitarą akustyczną i taką przyciszoną deklamacją wokalistki. Cudo. W refrenie przechodzący w piękną akustyczną balladę, nie wiem co ma w sobie Lee-Leet, ale wszystkie jej refreny są tak wpadające w ucho, że nawet nie zauważamy kiedy je bezwiednie zaczynamy nucić i powtarzać.

Nastrojowi sączącej się z głośników muzyki oddają się również muzycy, zwłaszcza Krzysztof Rukat, który na swojej gitarze wyczarowuje wspaniałe kołyszące dźwięki. Mój numer jeden na tej płycie, przepiękny utwór bez dwóch zdań. A zaraz po nim "Femme Fatale", pierwszy z dwóch utworów w języku polskim. To miło, że Lee-Leet pamięta również o odbiorcach nie znających języka angielskiego. To najmniej charakterystyczna dla Lee-Leet piosenka, bardziej mi to przypomina dokonania Katarzyny Groniec, czy jakieś lekkie skojarzenia z piosenką aktorską. Ale to tylko świadczy na korzyść artystki, która pokazuje, że świetnie czuje się w każdym gatunku i potrafi zaśpiewać i skomponować wszystko. Może trochę przesadziłem z tym porównaniem do Katarzyny Groniec, bo kawałek jest zdecydowanie bardziej jadowity, w gitarowym słowa tego rozumieniu, i prawdę powiedziawszy jest znów bardzo przebojowy, gdyby nie to, że trwa ponad 6 minut, według mnie to byłby kolejny numer na singla i do promowania płyty. I co więcej, jestem prawie pewien, że dzięki temu kawałkowi Lee-Leet zagościła pod strzechy masowej publiczności.

A zaraz po nim, ostatni premierowy utwór Lee-Leet, "Stage Fright", który najmocniej nawiązuje do poprzedniej płyty, wszystkie instrumenty poza pianinem, służą w nim jedynie do jego podkreślenia, a głos wokalistki zabiera nas w rejony do których się przyzwyczailiśmy na poprzedniej płycie. Troszkę drażniące są tu loopy i innej maści efekty, ale nie psują one całości. Po prostu moim zdaniem mogłoby ich być mniej. Bardzo fajne są natomiast zmiany tempa i rytmu w tym utworze, kojarzą się mi one z dobrym progrockowym graniem… Nie no, znowu pojechałem po bandzie, Lee-Leet i progrock?!? Tak. Naprawdę mi się tak jakoś to kojarzy…

Reszta to znane nam już z poprzedniej płyty utwory, "Odlećmy stąd" w wersji smakowicie rockowej, z partiami wokalu, których nie powstydziłaby się ani PJ Harvey, ani Tori Amos i mocno brzmiącą gitarą a pod koniec okraszone solówką klawiszową niczym Lord w Deep Purple, cudowne "I'm Not In Love", również w wersji smakowicie przearanżowanej na więcej instrumentów – to kolejny absolutny hit i materiał na singla, z urzekającym śpiewem, cudownym tekstem i chwytliwą melodią… No i długość odpowiednia i jakoś elektronika w nim nie razi… przebój, po prostu przebój.

Zamykający płytę "I Call It a Day" to również utwór zagrany na pełnoprawny zespół, z intrygującą gitarą w tle i z mocno zaznaczonym basem. To prawdziwie rockowa balladka, a solo gitarowe na koniec to klimaty Marillion z lat 80tych. Bomba.

Jako bonus na płycie dostajemy jeszcze dwa utwory, "State of Emergency", w pięknej, również rockowej wersji, już od samego początku wgniatającej nas w podłogę za sprawą świetnej gitary i sekcji rytmicznej. Do tego kolejny chwytliwy refren i mamy przebój.

A na koniec "Let's Fly Away", co jest angielską kopią utworu "Odlećmy stąd". Gdybym miał się pokusić o ocenę tej płyty, to dostałaby ona zawsze ocenę maksymalną. Za świeżość kompozycji, za świetne aranże, za cudowny wokal i melodie, za nastrój. Ale nie będę jej oceniał. Będę za to przy niej spędzał dużo czasu i delektował się wspaniałymi utworami Made In Poland. A dla Lee-Leet – czapki z głów drodzy Państwo. I brawa! To naprawdę cudowne uczucie mieć takiego artystę w kraju. Zakochałem się… pisałem to już?